Alkohol, a sport.
lipiec 14, 2008
Ostatni wyjazd nad morze drastycznie pokazał mi jak alkohol ogranicza sprawność sportową. Sam nigdy nie byłem Heraklesem, ale tak się złożyło, że znajomi moi należą, lub należeli do raczej wysportowanych. Łukasz (Makaron) grywał kiedyś w rugby, Paweł (Dudi) grał w koszykówkę na wpół zawodowo, a Wojtek (Dzięcioł)…cóż, ten osobnik studiuje na gorzowskim AWF-ie, więc umieć musi wszystko - od skakanki, aż po sporty zespołowe.
Tak więc wraz z tymi znajomymi, a także z moim starszym bratem, Robertem (Orsonem) wybrałem się na Przystań Żywca. Wszyscy lubujemy się w tym trunku, w mniejszym lub większym stopniu, więc nikt nie oponował. Okoliczność sprawiła, że popijając ten chmielowy specjał spostrzegliśmy zawody w siatkówce plażowej, które jak się dowiedzieliśmy organizowane były każdego dnia. Sam nigdy nie przepadałem za tą grą, bo warunki me sprawiały, że zwykle wystawiałem się na pośmiewisko, ale jak już pisałem wcześniej znajomi moi należeli raczej do aktywnych fizycznie, więc postanowili się następnego dnia zapisać. Co prawda kilka ostatnich miesięcy spędzili raczej mało sportowo, ale wciąż mieli w głowach swe dawne sukcesy. Jakby nie patrzeć kilka pucharów w amatorskich rozgrywkach w siatkówkę zdobyli. Nastawieni na zwycięstwo sięgnęliśmy po litra Wyborowej i optymistycznie zakończyliśmy ten dzień…
Chłopaki wstali rano świeżutcy jak skowronki i poszliśmy się zapisać. Połączyli się w dwie drużyny - Franków (Orson i Makaron) i Szerszenie (Dudi i Dzięcioł). Pierwszy team grał raczej dla zabawy, bo zarówno mój brat jak i Łukasz są raczej masywnymi kolesiami(co nie znaczy, że wysokimi). W drugiej drużynie pokładaliśmy nadzieje na zdobycie koszulek i piłki. W końcu zarówno Wojtek jak i Paweł byli niegdyś naprawdę dobrzy. Turniej rozpoczynał się o 15, więc w międzyczasie zdarzyliśmy jeszcze skorzystać z Przystani, wypiliśmy po 2-3 piwka i patrzeliśmy jak “amatorskie” drużyny ćwiczyły przed występem.
Gdy turniej się rozpoczął pierwszy mecz przypadł na Franków. Ja z trybun miałem dokumentować to “łatwe zwycięstwo” aparatem. Sporo rzucania się, sporo odbiorów i wyszło z tego kompletnie nic. Przegrali 15:6 i 15:8. Odpadli turnieju. No nic, w końcu oni nie robili sobie zbyt wielkiej nadziei.
Pech chciał, że Szerszenie w losowaniu trafili na zwycięzców turnieju organizowanego poprzedniego dnia. W pierwszym secie widać było, że chłopaki byli lekko zagubieni, ospali. Przeciwnicy wyrobili sobie przewagę trzech punktów i utrzymali ją aż do kończą wygrywając 15:12. W drugim secie pojawiła się iskierka nadziei. Początkowe “punkt za punkt” szybko przerodziło się w trzypunktowa przewagę Szerszeni. Końcówkę jednak popsuli i doszło do wyrównania. Dzielnie grali dalej, aż w końcu przy stanie 26:26 nie udało się i stracili dwa punkty. Koniec nadziei na finał już w pierwszym meczu.
Jak to Dzięcioł podsumował - “Widać, że tamci to sportowcy, a my alkoholicy”. Coś w tym jest. Do drugiej brody i mięsnia piwnego mi jeszcze daleko, ale sprawność i kondycja jakoś nie ta sama w porównaniu z tym co mogłem uczynić 3-4 lata temu.
10.000 BC - ludzie pierwotni też byli amerykanami.
lipiec 14, 2008
Człowiek nie koń i samym chlebem nie wyżyje, więc spróbuje dziś rozpocząć nową formę literacką na tym blogu - recenzje. Myślę, że w przypadku tego filmu najlepiej będzie zacząć efektownym posterem:

Prawda, że imponujący? No ba. Zapowiada się epicka bitwa pomiędzy tygrysem szablozębnym, a człowiekiem z włócznią. Co prawda jak pokazuje ten obrazek grafików poniosła trochę wyobraźnia w trakcie tworzenia tego smilodona, ale przymknijmy na to oko. Poniżej są jeszcze zalążki piramidalnych budowli, ale prawdę mówiąc za pierwszym razem ich nawet nie zobaczyłem. No i jeszcze te górnolotnie brzmiące hasła - “The legend. The battle. The first hero.” Och, po przeczytaniu tych słów byłem już zniewolony myślą ujrzenia jakiegoś Cro-Magnona przebijającego włócznią przerośnięta bestie. Co prawda filmy wymienione na górze postera zaliczam do obrazów pustych, a teoretycznie miały zachęcać do obejrzenia, ale nawet po takich porażkach kinematograficznych nie można spieprzyć tak dobrze zapowiadającego się obrazu. W końcu ile to można wydawać durną papkę dla niedojrzałych emocjonalnie, prawda?
Oczywiście. 10.000 BC to obraz epicki. Film okazał się rewelacyjnym dziełem, które zapierało dech w piersiach od poczatku…nah, just kidding!
Roland Emmerich znów stworzył obraz piękny wizualnie i kompletnie wypruty z treści, a nawet sensu. Ale pozwólcie, że zacznę od początku. Historia skupia się wokół D’Leh, chłopaka, którego ojciec zostawił rodzinne plemię po tym jak zjawiła się tajemnicza, niebieskooka dziewczynka, która nastraszyła ludzi czteronożnymi demonami. Po odejściu ojca chłopak był nieakceptowany przez rówieśników z plemienia, więc szybko dorósł i zamiast radośnie wymachiwać włócznią, wyznał miłość niebieskookiej o pięknym imieniu - Evolet. W tym momencie rzekłem do kuzyna, który oglądał film wraz ze mną: “Za kilka minut wyrośnie z niej fajna niunia.” (wybaczcie te kolokwializmy). Chwile potem częstowani jesteśmy przeskokiem czasowym w którym dzieci zmieniają się w urodziwych dorosłych i mamy potwierdzenie mojej teorii. Z małej Evolet faktycznie wyrosła “fajna niunia”, bo inaczej nie może być, gdy gra nią Camilla Belle (she’s hot!). Widać współplemieńcy myśleli podobnie jak ja, gdyż niebieskooka miała być formą nagrody dla myśliwego, który ubije mamuta. Tyle w kwestii wstępu. Dalej zaczyna się już robić papka. Jednym tchem wypluć można to co się dzieje: polowanie, porwanie, pościg, wielkie kurczaki, pościg, olbrzymi tygrys, murzyn z białym dwa bratanki, pościg, starcie z “tymi złymi”, śmierć jednej z głównych postaci i zmartwychwstanie (jak wiadomo wszem i wobec, piękni ludzie nie mogą umrzeć od zwykłej broni). I żyli długo i szczęśliwie. W międzyczasie w główny wątek wplatane są typowe zagrania rodem ze Świętego Lasu - patetyczne mowy, śmierć postaci drugoplanowej (swoistego mentora) po heroicznym boju, cwane miny przystojniaków - kolejne cliché pojawiały się jak na zawołanie.
Za największy problem uważam charakteryzacje postaci, czyli coś co w filmie o ludziach pierwotnych musi być dopieszczone. Niemiecki reżyser próbuje nam wmówić, że 10.000 lat przed Chrystusem ludzie stylizowali sobie brody, golili się na klacie, pucowali zęby na błysk i ogólnie byli piękni tylko trochę brudni. Zapomniałbym o modnej w tamtych czasach fryzurze, czyli obowiązkowych dredach. Rozumiem, że od brudu włosy mogą się posklejać, ale żeby każdy w wiosce miał idealnie poskręcane paróweczki z włosów! Toż to mózgojebna teoria jest. Przynajmniej ubrano ich w dość przekonujące ciuchy wyglądające na różnego rodzaju skóry zwierzęce. Nie zmienia to jednak faktu, że według Emmericha ludzie pierwotni bardzo przypominali zbuntowanych hollywoodzkich aktorów.
Charakteryzacją samą człowiek jednak nie żyje. Jak wiadomo nie od dziś w filmie ważne jest aktorstwo, a tutaj niestety jest słabo. Zatrudniono mnóstwo nieznanych aktorów co nie przyniosło najlepszego skutku. Jedyną osobą, która moim zdaniem wybija się in plus jest Cliff Curtis grający Tic’Tica (tylko dwie kalorie). Steven Strait zdecydowanie nie poradził sobie z pierwszoplanową rolą. Jest sztywny, miałki, bez wyrazu. Zupełnie jak nie aktor.
Film jest strasznie wtórny. Fabuła nieustannie przywodzi na myśl “Apocalipto”, a scena zabicia “niby-boga” to nic innego jak kopia z “300″ - tylko efekt jakoś tak mniej powala. Jakby tego było mało w 10.000 BC zawodzą nawet momenty, które teoretycznie powinny być epickie i które powinny nakręcać efekt końcowy. Zrobione są z niesamowita wręcz naiwnością co kuje w oczy. Jedyne co tak naprawdę może się podobać, to efekty specjalne. Ostatnio w modzie jest inwestowanie w wodotryski zamiast w treść, czego 10.000 BC jest idealnym przykładem. Komputerowo wygenerowane sceny są efektowne, ale złego aktorstwa niestety nie przesłonią.
Reasumując - 10.000 BC jest filmem przeciętnym. Pieniązde wydane na nakrecenie tego filmu pewnie zwrócą sie z niezłym zyskiem, ale do mojego gustu obraz Emmericha nie trafia. Oceniam na 5/10, bo w końcu widywałem gorszę filmy, a tutaj czasem nawet można uchwycić garstkę klimatu. Tylko czy warto w ogóle próbować?
Szaleńcy, ale śmieszni - part 2
lipiec 3, 2008
Minęły dwa tygodnie, a Nostalgia Critic i AVGN nie pozwalają o sobie zapomnieć. Co więcej nie są to już same słowne utarczki, a konfrotnacja oko w oko. I choc oczywiste było, że po takim spotkaniu nie można było się spodziewać połamanych nosów i podbitych oczu, to i tak recenzenci dali niezły popis:
Sklepowa trauma.
czerwiec 20, 2008
Czasem naprawdę ciężko przewidzieć czego się spodziewać po zupełnie codziennych i przyziemnych czynnościach. Ot tak dla przykładu wyszedłem dzisiejszego, słonecznego poranka do sklepu. I to nie jakiegoś korporacyjnego molocha, a małego, narożnego sklepiku, który teoretycznie powinien wypełniać się przyjemną atmosferą tworzoną przez schludną i zadbaną klientele wymieniającą wzajemnie uśmiechy. Dość już teorii, bo jak każdy Polak wie sklep to nie wakacje, więc przed wejściem należy zacisnąć zęby, wypiąć dumnie klatę i modlić się by nie oberwać siatką po kolanie, albo paluchem po kręgosłupie.
Po wejściu do tego mrocznego, dusznego pomieszczenia ukazało się jak zwykle pokaźne stoisko z alkoholami wszelakiej maści. Dwóch zwęglonych panów dopiero rozważało kupno, któregoś wyrobu z niższej półki, więc radowałem się myślą, że nie będę ostatni w kolejce. Przede mną sklepowy klasyk - dwie mamusie, jedna babcia i brudne dzieci trzymające paczkę Cheetosów. To był prawdziwy tłok. Tak wielki, że aż lady nie widziałem. Zresztą specjalnie się tejże nie przyglądałem, bo cóż mogło się zmienić w tym sklepiku przez 2 miesiące mojej nieobecności. Spuściłem głowę, założyłem na uszy słuchawki od empetrójki, a wraz z nimi zasłonę milczenia na dyskusje o wyższości krakowskiej nad wiejską. Włosy zostały rozwiane w otwartym samochodzie, kiedy nadeszła moja kolej. Zdjąłem więc słuchawki, spojrzałem w górę i…z pewnością moja mina musiała być śmieszna, bowiem nie wiedziałem gdzie podziać oczy i to bynajmniej nie z zachwytu.
Oto stała przede mną bowiem dziewczyna, na oko 25-30 lat. Wyobrażaliście sobie kiedyś jakby wyglądała Barbie, gdyby była prawdziwą kobietą? I to nie taka współczesna z wyprostowanymi włosami, a taką z amerykańskiego snu lat ‘80 - kręcone na wszystkie strony włosy koloru samobójczego blondu, plastikowa cera, tona krwistej szminki. Co mnie jednak najbardziej przeraziło to oczy. Kurwiki w oczach Renaty B. to przy tym nic. To było niczym szaleństwo jakie Mordimer Madderdin ujrzał w oczach anioła z tą różnicą, że on tej istoty się obawiał i jednocześnie miłował. A ja za cholere nie wiedziałem co o tym myśleć. Chyba też się boje, bo to spojrzenie świdruje na wylot, a uwierzcie mi to nic przyjemnego. Chyba zmienię sklep na bardziej user friendly.
Szaleńcy, ale śmieszni.
czerwiec 19, 2008
Dziś wpis skupi się na pewnych dwóch amerykanach, którzy od pewnego czasu sprawiają, że Internet stał się dla mnie w pewnym stopniu ciekawszy. Będzie strasznie olinkowane, ale wybaczcie - inaczej się nie da.
Za sprawą gametrailers zapoznałem się z recenzjami pewnego nietuzinkowego gościa. Facet nazywa się James Rolfe, choć bardziej znany jest pod pseudonimem Angry Video Game Nerd (lub AVGN) i zajmuje się obrzucaniem błotem starych (naprawdę starych!) gier. Czasem też zbeszta jakiś film lub ogólnikowo ponarzeka na stare konsole lub sprzęt do nich jak np. urocze gadżety od Nintendo - Laserscope, Power Glove, Powerpad, Zapper i niedorzeczna Super Scope Bazooka. Najciekawsze w tych jego recenzjach jest jednak to, że nie ogranicza się do suchych faktów i pustych stwierdzeń. On po prostu robi sobie jaja z tym sprzętem. W swoje filmiki wplata czasem lamerskie efekty specjalne. Wyobraźcie sobie np. Jamesa ubranego w wymieniony przeze mnie wcześniej sprzęt Nintendo i walczącego z satanistycznym Mario. Warto nadmienić, że “wojownika Nintendo” w tym boju wspiera Super Mecha Death Christ 2000 pokrzykujący cały czas wymowne “FUCKEEER!”. Ciężko sobie to wyobrazić? Spójrzcie na to. Takich smaczków jest więcej. Wydaje się to niedorzeczne, ale całość naprawdę bawi. Z ekranu sypie się cała masa bluzgów zwykle okraszonych niedorzeczną miną AVGN’a. Bardzo ciekawym elementem tych jego videorecenzji jest sam wstęp, bo James zapewnił sobie nawet tytułową piosenkę:Całość jest po prostu niepowtarzalnym przeżyciem, które radochę sprawia mi niezmierną. Ci z was, którzy poczuli się zachęceni niech odwiedzą ten adres. Z tego co wiem na youtube pojawiły się też pierwsze filmiki z polskimi podpisami, więc jakby ktoś chciał…
Dość już jednak o Rolfe. W tytule mowa jest o szaleńcach i teraz właśnie skupie się na tym drugim. Jegomość ten nazywa sam siebie Nostalgic Critic lub The Guy With The Glasses (prawda, że oryginalne?)i prawdę mówiąc robi podobną robotę jak wyżej wspomniany AVGN tylko w swych niedorzecznościach skupia się nie na grach, a na filmach. Na swojej stronie ma kilka różnych serii filmików, a każda jest równie zabawna. Możemy tam znaleźć “Film w 5 sekund”, “Żulowskie recenzje”, “Nostalgiczne krytyki” plus artykuły pisane i filmy o różnorakiej tematyce. Wszystko cholernie zabawne nawet bez oglądania recenzowanych filmów bowiem autor skupia się nie tyle na całokształcie co na pewnych idiotyzmach, które skrupulatnie wynajduje po czym znęca się nad nimi niczym nad biedronką bez skrzydełek. Wyborne. Oto próbka jego twórczości.
I na dobrą sprawę mógłbym zakończyć tutaj swoje wypociny, ale ostatnimi czasy zdarzyła się taka heca, że drogi tych dwóch śmieszków skrzyżowały się, a daje to mieszankę iście wybuchową. Zaczęło się od tego, że fani AVGN’a zaczęli pod publikacjami Nostalgicznego Krytyka umieszczać komentarze zarzucając mu kopiowanie ich idola. Tego dla Gościa w Okularach było za dużo i postanowił dać upust swoim emocją:
AVGN jako osoba u równie wygórowanym ego odpowiedział szybko i dosadnie. Już nie za pomocą wpisu na forum, a filmu, podobnie jak Nostalgiczny:
To również nie pozostało bez odpowiedzi:
Ten ostatni filmik jest całkiem świeżutki, zaledwie z wczoraj. Jakakolwiek będzie odpowiedź Jamesa nie zmienia to faktu, że widać, że to wspólne obrażanie sprawia im mnóstwo radochy. I nie tylko im.
EURO ‘08 - nadzieje Polaków szlag trafił W(ł)ebb.
czerwiec 18, 2008
Wszyscy to widzieliśmy. Były olbrzymie przygotowania, reklamy z naszymi gwiazdorami. Leo zapewniał wbrew popularnemu powiedzeniu, że cash to wcale nie taka zła rzecz, Ebi natomiast popijał Pepsi i zachwycał się płaskim Samsungiem. Zapomniałbym o naszym kapitanie, który wraz z braćmi Mroczkami zachęcał do kredytu na rododendron. Co bardziej zajadli kibice poprzyczepiali flagi do swych automobili ( swoją drogą przy volkswagenie Passacie ‘80 kombi z podrdzewiałą blachą wyglądało to dość groteskowo). W oknach porozwieszano flagi, tłumnie wyruszono do sklepów po napoje chłodząco-rozweselające. Humor rodaków poprawił jeszcze bardziej diabelnie szybki Kubica. Wszystko zapowiadało, że następne 2 tygodnie będą dla Polaków nieustającą fetą, wulkanem pozytywnych emocji. Zagrano w Klagenfurcie Mazurka Dąbrowskiego (tym razem bez Edzi, szkoda), serca rosły. Z pubów, melin i rezydencji słychać było wiernych kibiców naszych Orłów. Piłka poszła w ruch i…no i wszyscy też wiemy jak to się skończyło. Jak to mój ojciec podsumował - “dupa Maciej, dupa”. Ciężko się nie zgodzić, a do tych dwóch odbytów dostawiłbym nawet trzeci co by unaocznić tym co wciąż są optymistyczni, że remis z Austrią sukcesem wcale nie był.
Emocje już opadły i można zacząć na chłodno analizować to, co tam się stało. Z pewnością w fazie grupowej byliśmy jedną ze słabszych drużyn. Jedną ze słabszych jest jednak dość abstrakcyjnym stwierdzeniem. A może spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć brutalnie, ale jasno, że byliśmy najsłabsi? Chyba każdy ze mną się zgodzi, że Austria pokazała więcej niż my. Współgospodarze, Szwajcarzy również walczyli z wielkim sercem. W grupie śmierci Rumuni sprawili niespodziankę wszystkim tym krzykaczom twierdzącym, że będą chłopcami do bicia i nawiązali równą walkę z wielkimi zespołami Europy. Grupa D co prawda jeszcze nie rozwiązana, ale już teraz mogę stwierdzić, że nawet byli mistrzowie Grecy, którzy nie mają na koncie żadnego gola, ani punktu, grali z pewnym stylem. Prawdę mówiąc grali podobnie jak 4 lata temu, z tą różnicą, że tym razem im ewidentnie nie pykło.
No a cóż powiedzieć o chłopcach Leo? Niewiele można. Obrona nieustannie pieprzyła pułapki ofsajdowe i gubiła napastników. Tam nie było mocnych punktów, niektórzy byli po prostu jeszcze słabsi niż reszta (vide Jop). Pomoc nieustannie traciła piłkę. A nawet jeśli jakiś skrzydłowy dostał futbolówkę pod nogi, kończył całą akcje dośrodkowaniem w trybuny. W roli “snajpera kibiców” wybitnie pokazał się Krzynówek, na którego przecież tak liczono. On natomiast dośrodkowywał albo za mocno, albo zbyt niecelnie. Czasem też zdarzyło mu się wcale nie dośrodkować, tylko zejść do środka pola i próbować tego swojego atomowego strzału co i tak kończyło się tym, że któremuś z kibiców życie migało przed oczami. Łobodziński to trochę walczak-drybler, ale niestety nic z tego nie ma. Lewandowski niestety też jedyne co pokazał to swoje czerwone pucułki i aspiracje do czerwonej kartki. Istny diabeł. W środku pola na uznanie zasłużyli Dudka oraz Guerreiro, bo faktycznie tylko oni tworzyli niebezpieczne sytuacje. A ofensywa? Smolarek był skutecznie neutralizowany co w połączeniu ze słabą grą pomocników i ich nieudolnością w kwestii podań sprawiło, że rewelacji ze strony Ebiego nie było. Saganowski grał przeciętnie, stwarzał sytuacje, choć bez szaleństw. Może gdyby Leo przywiózł naszego kochanego Drewninho coś byśmy strzelili? I mówię poważnie, bo moim zdaniem Rasiak wcale tak źle nie gra. A tak pozostaje się cieszyć z jednej bramki strzelonej ze spalonego, przez świeżo upieczonego Polaka. Ameryki nie odkryje mówiąc, że najwięcej braw należy się królowi Arturowi (Polsat mianował nam nowego monarchę), ale bramkarz niestety meczu nie wygrywa. No chyba, że jest z Południowej Ameryki:
Chilavert to był bramkarz, 62 gole w karierze! Boruca chyba trzeba gdzieś wysłać w lasy amazońskie to do kraju powróci nam istny terminator. Wtedy zobaczą te scheißwursty na co stać polską reprezentacje!
Tyle jednak analizy samej gry. Bardziej ciekawe są jednak społeczne nastroje. Najwięcej emocji wzbudził oczywiście mecz z Austrią i karny w 93. minucie. I gdybym wierzył w to co ludzie piszą i gadają o Howardzie Webbie to nie miałbym o nim najlepszego mniemania. Dość powiedzieć, że jest podobno chodzącym męskim narządem płciowym, trzyma na modłę słynnego poniekąd Josefa Fritzla rodzinę w piwnicy, a EURO z łapówki potrzebne mu były na PlayStation 3(serio!). Pojawia się pełno zapewnień o tym, że dom sędziego zostanie spalony, on zaszlachtowany, a dzieci wywiezione na plantacje bananów w Ekwadorze. Nie rozumiem tylko po cholerę ludzie składają takie zapewnienia skoro nie mają zamiaru nic z tym zrobić?! Może uwierzyłbym tęgiemu Waldemarowi mieszkającemu gdzieś na przedmieściach Londynu, który do Howarda ma całkiem niedaleko, ale 16-letnia, chuderlawa dziewczyna o aparycji Brytnej mówiąca, że zamorduje jakoś do mnie nie przemawiają. A ja tak analizując to wszystko zastanawiam się czy aby na pewno nie należał się ten karny? Z jednej strony sam byłem poirytowany całą tą sytuacją, ale nie ukrywajmy, że “czerwony pucułek” w pewnym stopniu przyczynił się do decyzji sędziego, a i sam wynik z perspektywy czasu wydaje się bardziej sprawiedliwy. Najlepiej jednak nie winić reprezentacji za słaba grę, a sędziego za niesprawiedliwy werdykt. I tak, wiem - Webbowi zdarzyło się kilka niefortunnych decyzji w trakcie tego meczu, ale ta ostatnia sytuacja była jakby wizualizacją powiedzenia “sprawiedliwości stało się za dość”. Ma facet jaja.
Mateusz Borek stwierdził po meczu z Austrią, że ma bardzo ambiwalentne odczucia co do gry Polaków. I choć z początku oniemiałem z wrażenia, że w Polsacie odważyli się na użycie tak trudnego słowa, to po chwili pozostało mi jedynie zgodzić się z nim. Co prawda po meczu z Niemcami spierałem się z pewnym pijanym, zrozpaczonym, 40-letnim mężczyzną, który twierdził, że Polska nie wygra żadnego meczu, ale dziś wiem, że w potężniejszych dawkach alkoholu kryją się jakieś wizjonerskie ingredienty. No cóż tyle tego zawodzenia na reprezentacje. Pozwolę sobie zacytować znajomego: “No co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz.”
Pozostało tylko wierzyć, że Holendrzy z którymi jestem sercem od początku mistrzostw pokażą w końcu, że potrafią na wielkiej imprezie sięgnąć szczytu. Oranje for the win! W końcu Holland to prawie Poland.
Coś się kończy coś się zaczyna.
czerwiec 18, 2008
Tytuł tego pierwszego wpisu nie jest nazbyt oryginalny. Ba! Ktoś mi może zarzucić, że lubie być wtórny i powtarzać po innych (w tym przypadku po ASie), ale te słowa były pierwszymi, które wpadł mi do umysłu zaraz po tym jak na moim 15′ ekranie wyskoczyło coś w stylu “jesteś zajebisty, masz bloga”.
Dlaczego właśnie taki tytuł? Bo wraz z powstaniem tego internetowego adresu mam nadzieje, ze skończy się mój umysłowy zastój, twórcza dziura jaka pogłębia się już od pewnego czasu. Bowiem widzicie państwo drodzy i przemili, którzy na ten adres zajrzeli dochodzi kwestia taka, że ja lubię pisać. Niektórzy twierdzą nawet, że umiem choć w tym stwierdzeniu zasiałbym już ziarno niepewności. I przez te ostatnie miesiące kiedy to za pomocą Heinekena skrupulatnie ćwiczyłem mięśnie brzucha, kiedy to mordowałem czas przy naprawdę bezsensownych grach, brakowało mi tego co robię właśnie teraz. I szczerze powiedziawszy jestem teraz niesamowicie podekscytowany tym, że zaczyna się mój pierwszy i mam nadzieje, że nie ostatni(Bóg daj, Boziu również) wpis na tym blogu.
Tyle w kwestii tego trochę rozciągłego niczym ser z tostów wstępu. Mam nadzieje, że zapał będzie się starzał powoli. A nuż dziadyga odkryje kamień filozoficzny i nie umrze(oby). Trzymajcie kciuki, raciczki, pazurki, macki lub cokolwiek innego czym natura w łasce was obdarzyła. Pulululu!!!
PS. Składnia i Interpunkcja zerwały ze mną. Durne szmaty.